Przy herbatce #1 - tytułem wstępu
Czołem, Czytelnicy!
To nie jest moje pierwsze podejście do blogowania, jednak mam nadzieję, że najbardziej udane. :) Witam Was serdecznie i od razu powiem, że chcę z Wami popisać o różnych kwestiach, książkach, przedmiotach, czy sytuacjach, które uważam za ważne, a które, w moim odczuciu, rzadko są poruszane. Przyznam, że lubię czasem włożyć kij w mrowisko i, jak chyba każdy w pewnym wieku (a nie mam jeszcze trzydziestki ;) ), trochę syfu już mi się w życiu przydarzyło.
Kijem z poprzedniego zdania najbardziej dramatycznej części mojego życiorysu wolałabym nie tykać, ale niektóre z tych obszarów wcale nie są zamknięte (mimo, że próbowałam z dziesięć razy, a w prawdziwym życiu to jednak całkiem sporo) i trudno przewidzieć, co się wydarzy. Jak z ruchem drogowym - nie wszystko da się wyczuć i nie wszystko zależy ode mnie. Jedno, co mogę Wam obiecać, to że nie będę już chować głowy w piasek. Dość mocno przeżyłam ten fakt w zeszłym roku, jednak muszę przyznać Mojemu Lubemu rację - niektórzy łagodnie i kulturalnie powiedzianego nie nie rozumieją i to się nigdy nie zmieni. Więc albo ci będą bruździć w życiu, albo sam ich z niego wyrzucisz. I nie będzie to fajne ani przyjemne, ale za to zrobisz więcej miejsca dla tych, którzy są wartościowi i sami chcą zostać (czy nawet do ciebie dołączyć).
Żeby nie było tak enigmatycznie, unikając jednakże nadmiaru prywaty, opowiem dziś jedną z dość bolesnych historii. Nie jest to jeszcze przypadek wyrzucania kogoś z życia sensu stricto, na taką opowieść, być może, przyjdzie czas.
Z Anią (imię zmienione) widywałyśmy się w pracy. W pewnym momencie złapałyśmy nić porozumienia, ale nadal widywałyśmy się tylko służbowo. Kiedy miała naprawdę ciężki okres w życiu, zaoferowałam swoje towarzystwo nie tylko, jeśli chodzi o chat na fejsie, ale też konsumpcję napojów alkoholowych. I tak się zaczęło - pisałyśmy, rozmawiałyśmy (godzinami), zwiedzałyśmy najulubieńsze kawiarnie i knajpy stolicy. Raz zrobiłyśmy to na tyle skutecznie (i na tyle nierozsądnie), że w środku tygodnia wróciłam do domu w stanie dość błogim, a następnego dnia w pracy zdecydowanie nie byłam do końca świeża. Ale czego się nie robi, żeby dotrzymać koleżance towarzystwa. ;)
Odzywałam się częściej, niż Ania, ale przynajmniej kiedy byłam na zwolnieniu nie udawała, że tego nie zauważa. Pisała, pytała, czy czegoś nie potrzebuję, wpadała z ciastem czy z ptasim mleczkiem. To było miłe, ale coś mi nie pasowało. I wreszcie, kiedy pojawił się Romeo, wiedziałam, o co chodzi. Zostałam zepchnięta na dalszy plan, prawie nie rozmawiałyśmy. Jedno ze spotkań, na które się umawiałyśmy nie odbyło się, ponieważ... się nie przypomniałam. Tak o, Ani wypadło z głowy, że byłyśmy umówione. Wiecie, to się zdarza (mi akurat chyba nigdy, ale jestem w stanie to zrozumieć), oczekiwałam jednak jakiejś wiadomości, sygnału, wyjaśnienia - co się właściwie stało, bo trochę się czułam zagubiona w tej sytuacji. I nie doczekałam się. Dopiero kilka tygodni później ze zdziwieniem odczytałam życzenia urodzinowe pełne serduszek. Ale kiedy parę dni później pisałam, że rezygnuję z tej pracy - cisza.
Ostatecznie wróciłam i przez dwa miesiące udawałyśmy, że się nie znamy. Cześć - cześć! - i tyle. Ale byłam uparta i nie chciałam ustąpić. Wiedziałam, że Romeo okazał się moralnym i emocjonalnym karłem, bo przy kolejnym moim zwolnieniu Ania napisała i przy okazji wyjaśniłyśmy wszystkie nieporozumienia. Wiedziałam też, że po raz kolejny dostała od życia w tyłek, nie mogłam jej jednak pomóc, skoro tego nie chciała. Mimo nowego otwarcia, od tamtej pory, z dużym żalem i tęsknotą za tą relacją, pozostałam na poziomie cześć - cześć. Nie jesteśmy celebrytkami, więc się nie odobserwowałyśmy na insta (chyba, że o czymś nie wiem ;) ), jednak nie da się ukryć, że mało nas już obchodzi, co się u tej drugiej dzieje. I, w moim odczuciu, zrezygnowałam z tej znajomości, chociaż bardzo jej potrzebowałam. Niestety, brak komunikacji w połączeniu z brakiem potrzeby kontaktu drugiej strony sprawił, że zrozumiałam - to nie jest zdrowa relacja, lepiej ją puścić.
Nie wiem, czy w takich sytuacjach macie poczucie winy - ja mam. Zmiksowane z żalem i poczuciem porażki. Chciałam, próbowałam, a ch*j i tak bombki strzelił. Wjechał we mnie ten porszak z prawej mimo, że miałam zielone światło i nie poradzę (tak wracając do naszej drogowej metafory ;) ).
Kończąc mój pierwszy post i zaczynając bloga od opisu relacyjnej porażki, powiem Wam tak - czasem trzeba wyczilować i odpuścić (w czym zdecydowanie jestem beznadziejna). Nie ma sensu marnować sił i energii na coś, co po prostu nie działa. Nawet niekoniecznie trzeba zastanawiać się nad powodem, do czego dochodzę coraz częściej. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - to nie będzie blog coachingowy, raczej takie pogaduchy przy kawce lub herbatce. Żadna ze mnie życiowa specjalistka, raczej worek treningowy całkiem niezłego boksera (z niebieskimi, czy też raczej błękitnymi oczami - ja, nie bokser - stąd tytuł bloga). I może właśnie dlatego tak lubię żarty, memy, a najlepiej czarny humor. Zatem, jako podsumowanie całego mojego wywodu - oto on. Genialny mem ze strony I don't kurwa care na fejsbuku. Tak, wiem, że jest tam literówka. I zupełnie mi to nie przeszkadza. :)
Za: https://www.facebook.com/idontkurwacare/photos/a.558152867559011/5508635952510653/
Trzymajcie się ciepło!
Wasza Niebieskooka


Komentarze
Prześlij komentarz