Czy to jeszcze zaufanie, czy już naiwność? - przy mocnym drinku #5


Zdjęcie: Adobe Stock

Witajcie!

Bierzcie coś mocnego do picia i ruszamy - wódka, ulubiony drink (albo dwa) - co tam lubicie i co pomoże Wam przejść przez ten post. Nie zakładam, że musicie się alkoholizować, żeby go w ogóle przeczytać, ale lojalnie ostrzegam - z procentami będzie Wam łatwiej.

Zastanawiałam się przez jakiś czas nad tym, czy w ogóle opowiadać Wam tę historię. Wiedziałam, że jest mocna, bo słowa mam prześladowcę w normalnym świecie brzmią dość dramatycznie. I o ile nie są fantazją danej osoby, należy im poświęcić uwagę. Mało tego, wywołują różne  emocje - od zwątpienia, przez zakłopotanie, chęć zanegowania i obarczanie winą osoby prześladowanej; aż po współczucie, strach, gniew, a nawet chęć zemsty. 

Przeszłam sama chyba przez wszystkie te stany, być może było ich więcej, ale pominę delikatniejsze odcienie emocji. Przestałam już się wstydzić, więc wreszcie mogę o tym opowiedzieć. Zatrzymywała mnie do tej pory także reakcja odbiorcy, a zwłaszcza jego litość, gniew, czy zakłopotanie. Nie chciałam i nadal nie chcę, żeby ktoś w ten sposób reagował, ale nie mam na to wpływu. Jedyne, co mogę zrobić, to przedstawić Wam ku przestrodze moją historię. I wierzyć, że komuś się przyda, może uda się kogoś przed takimi konsekwencjami uchronić.

Ponad dwa lata temu wstąpiłam do katolickiej wspólnoty przy parafii, do której wtedy należałam. I byłam tam sobie w spokoju w zasadzie prawie rok (to znaczy co jakiś czas któryś z singli próbował na mnie zapolować, ale ja nie byłam specjalnie chętna), aż do momentu, kiedy poznałam mojego Lubego. Nastąpiło zderzenie dwóch światów - tego mojego: przesiąkniętego dobrem wspólnym, kolektywnym myśleniem i bardzo wyśrubowanymi oczekiwaniami oraz Jego: bardziej ludzkiego, zdroworozsądkowego, akceptującego i wspierającego. Tarcie było dość porządne, bo ja o pewnych sprawach nie chciałam mówić, a już na pewno nie źle, za to On nie miał z tym problemu. Pamiętam, że kiedy nazywał rzeczy po imieniu, ja odbierałam to jako atak i wręcz agresywne zachowanie. Wszystko, co nie było wyrozumiałe i sztucznie łagodne nie mieściło się w moim pojmowaniu świata na ten moment. 

Zaczęłam po pewnym czasie, jeszcze zanim byliśmy w związku, prowadzić grupę muzyczną. Mniej więcej (bardziej mniej, zwłaszcza w wakacje) co tydzień spotykaliśmy się nawet w mieszkaniu, które współwynajmowałam i gadaliśmy nie tylko o sprawach wiary czy też ducha. Ale wiecie, to były tylko takie luźne pogadanki, nie wiem, skąd Stalkerowi przyszło do głowy, że ja mogę być nim zainteresowana. A wygląda na to, że coś mogło być na rzeczy od poprzednich wakacji. Tylko że ja żyłam swoimi sprawami i mało mnie w sumie interesowało, co mu siedzi w głowie.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli (bo czytając wcześniejszy fragment posta, można odnieść mylne wrażenie) - to nie fakt i nie osoba Lubego sprawiły, że we wspólnocie pojawiły się problemy. A raczej -  że Stalker postanowił wyjść z ukrycia. Mogło to przyspieszyć pewne sprawy, ale nie było bezpośrednią przyczyną ich zaistnienia. 

Dochodzimy do dość zagmatwanych wydarzeń - składania 10 razy tych samych życzeń z najróżniejszych okazji (Nowego Roku, Święta Trzech Króli, Wielkanocy...), jakichś dziwnych zachowań w trakcie spotkań scholi, etc. Nadal nie uważałam, że mam czym się zajmować, bo miałam swoje problemy. I nagle, podobno po przegapieniu (ale nie przeze mnie, bo nic na ten temat nie wiedziałam, w przeciwieństwie do reszty wspólnoty) jakichś jeszcze innych sygnałów, nastąpiło uderzenie. W Niedzielę Wielkanocną rok temu wstałam ok. 8 i nagle miałam ze 3 nieodebrane wiadomości. Od Stalkera, pierwsza sprzed 7 rano. Trochę dziwne, nie zamierzałam jednak oddzwaniać. Przyjęłam zasadę, że dopóki nie odezwie się mój Luby, nie będę gadać z żadnym innym facetem. I tak oto, siadając do świątecznego śniadania, musiałam wyciszać wspólnotowy komunikator, bo Stalkerowi zachciało się do mnie przez niego dzwonić. Ale ja nadal nie chciałam z nim rozmawiać.

Dopiero w okolicach południa postanowiłam odpisać, a potem zadzwonić, jednak doczekałam się wiadomości w stylu Wesołego Alleluja, ... , całuję rączki. Pomyślałam: Houston, mamy problem. On akurat nigdy tak nie pisał i nie podobało mi się, że nagle zaczął. Stwierdziłam, że muszę poinformować o tym moją Drugą Połówkę, bo coś jest na rzeczy. I kiedy po południu i po kawce (oraz mocniejszych trunkach roboty mojego taty, jeśli chodzi o Lubego) siadałam za kółko i ruszaliśmy do moich teściów, nie przewidziałabym, że patrząc na stacji w tylne lusterko i jeszcze widząc oddalającego się L(ubego), jednocześnie włączając filmik na youtube, będę odbierała telefon od tego psychopaty. Z... a jakże, kolejnymi życzeniami. Postanowiłam wykorzystać sytuację i zadać pytania, które od rana kłębiły mi się w umyśle, ale na żadne z nich w zasadzie nie otrzymałam odpowiedzi. Zakończyłam rozmowę z uczuciem totalnego mindfucka, bo naprawdę nie wiedziałam już, co o tym wszystkim sądzić.

W Wielkanocny Poniedziałek było spokojnie, wieczorem wróciłam do mieszkania i w zasadzie mieliśmy z L. czas dla siebie. Był to jeden z tych licznych wieczorów, kiedy się pokłóciliśmy, ale jakoś tak bardziej na serio. Dlatego we wtorek właściwie przez cały dzień się do siebie nie odzywaliśmy, ja się zajęłam sprzątaniem mieszkania i paroma jeszcze innymi sprawami. Przyznam, że to i tak nie był najlepszy dzień w moim życiu, ale wieczorne wydarzenia przyćmiły wszystko.

O zmroku usłyszałam dzwonek domofonu i trochę się czułam skołowana, bo było zbyt późno na kuriera, a współlokator dopiero wyszedł. Spocona, nieświeża, pachnąca papierosami (wtedy jeszcze paliłam) i ogólnie mało wyjściowa poszłam odebrać, a kiedy okazało się, że to Stalker, zastanawiałam się chwilę, czy go wpuścić (m.in. ze względu na moją aparycję). Chciałam jednak wyjaśnić dziwactwa z niedzieli, poza tym wtedy jeszcze się go nie bałam (miałam taki epizod, ale później).

W maseczce przesiedział u mnie ponad godzinę, mimo, że mógł ja zdjąć (mimikę wobec tego trochę zgadywałam) i na większość moich zadanych wprost pytań w zasadzie nie odpowiedział. Usłyszałam za to pełno takich, które nie nadają się do cytowania tutaj, bo były dość prywatne i po prostu nie były jego sprawą. Mogę tylko powiedzieć, że dotyczyły mojego związku i naszej wspólnej przyszłości (z L.), a w zasadzie,  według Psychopaty, jej braku. Domyślacie się pewnie, jak niekomfortowa to była sytuacja. 

Mniej więcej po godzinie uznałam, że czas kończyć te farsę, dlatego próbowałam go wyprosić, a kiedy usłyszałam, jak współlokator otwiera drzwi ma dole domofonem, ucieszyłam się. ZA WCZEŚNIE. Po moim oznajmieniu, że zaraz do mieszkania wejdzie kolejna osoba (i pewnie będzie chciała skorzystać z kuchni), atmosfera nagle zgęstniała. Stalker przez chwilę się nie odzywał, a potem nagle dosłownie rzucił się i padł przede mną na kolana... oświadczając się. Tak, poważnie i na poważnie. Przez ten nagły atak włosy stanęły mi dęba, a przed oczyma pojawił się mrok. Nie zemdlałam, pomyślałam za to: To się nie dzieje naprawdę! Miałam ochotę zamknąć oczy i obudzić się w jakimś normalnym świecie, gdzie ludzie nie robią takich rzeczy. Halo, to nie powieść Jane Austen! 

Słysząc, że współlokator otwiera drzwi i się rozbiera, powiedziałam Stalkerowi, żeby wstał. On jednak dalej klęczał, przez co mój poziom stresu osiągnął maksimum. Chwilę później drzwi się otworzyły, a zszokowanego A. poprosiłam, żeby dał nam 5 minut. W tym czasie, kiedy słuchałam, że Luby nie jest dla mnie i inne temu podobne mądrości, miałam ochotę typa znokautować. Ostatecznie opanowałam się na tyle, by powiedzieć, że nic z tego i nie chcę KIEDYKOLWIEK wracać do tego tematu. Otworzyłam drzwi, a on wyszedł bez słowa. I myślałam, że to już koniec historii (poza późniejszym odreagowaniem całej sytuacji, kiedy zawezwałam L. na pomoc i musiałam mu o całej sytuacji opowiedzieć). 

Po wypłakaniu wszystkich trudnych emocji i różnego rodzaju interwencjach bliskich osób, wreszcie poczułam się spokojna na tyle, by iść spać. Do południa było OK, do momentu kiedy L. pojechał do siebie. Potem poinformowałam liderów wspólnoty o całym zajściu i w sumie przerzuciłam na nich odpowiedzialność za dalsze wydarzenia. A działo się, ponieważ przed zdalnymi zajęciami z dziećmi rozmawiałam przez telefon z L. i kiedy zadzwonił domofon, tknięta przeczuciem, nie rozłączyłam się. To znowu był Stalker, ale nie było nawet mowy, żebym go wpuściła. Mało tego, poczułam się niezbyt bezpiecznie, bo on nie mieszkał w Warszawie, tylko paręset kilometrów od niej. Co więc robił pod moją klatką?

W telegraficznym skrócie - odeszłam ze wspólnoty, bo koleś wciąż do mnie wydzwaniał i wypisywał, niektórzy jej członkowie mieli pretensje, że nie jestem ponad to (wina po mojej stronie? ciekawe), żadne środki ze strony kogokolwiek nie działały i w zasadzie nie wychodziłam przez miesiąc nigdzie bez obstawy. Zostawał mi już tylko telefon na policję, gdyby nachodzenie trwało dalej, zablokowanie i usunięcie Stalkera ze znajomych gdzie tylko się dało, a ostatecznie - przeprowadzka. Zapewniło mi to spokój, ale w marcu tego roku, z okazji najsłynniejszych imienin Krystyny, Psychopata wdzwonił mi się w środek kwarantanny, bo... zmieniłam telefon, więc blokada numeru nie została przeniesiona na aktualny aparat. Także niemiła niespodzianka, ale przerobiłam już ten temat i powiedziałam jasno, co o całej sytuacji myślę. Zapewne nie zrozumiał, jednak ponowiłam blokadę i nie zamierzam się już sprawą zajmować.

Wnioski płynące z całego powyższego zamieszania? Nie warto być (przesadnie) grzecznym czy łagodnym (sic!). Wtedy ludzie, którzy mają poważny problem z rozumieniem i szanowaniem cudzych granic zrobią Wam krzywdę. Jedyną radą jest działanie adekwatne do sytuacji - nie polecam od razu telefonować na policję czy nokautować agresora, natomiast jeśli nic nie działa - zróbcie to. Bez zastanawiania się co ludzie pomyślą? albo może to jest moja wina? Nie, nie jest. Nie odpowiadacie za czyjeś wyskoki, zwłaszcza, jeśli są to osoby obce. I nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Jeśli ktoś z Czytających lub osób w Waszym otoczeniu ma podobny problem - warto działać, bo inaczej sprawy się pogorszą.

Przed samym zakończeniem odniosę się jeszcze do tytułu posta - byłam naiwna, czy może tylko ufna? Przez pewien czas byłam naiwna, bo dałam przestrzeń do bycia wykorzystaną (zatem nie dostrzegłam zagrożenia), jednak dość szybko wychwyciłam, że coś w tej sytuacji jest nie tak. Dlaczego nie zauważyłam, że coś się dzieje? Bo byłam, jak w poniższej definicji ze słownika PWN, co objawiało się wspomnianą wyżej przesadną grzecznością i łagodnością. Zbytnia ufność w ludzi i wiara, że, niezaczepiani, zostawią mnie w spokoju - zawiodła. Od ufności do naiwności - jeden mały krok.


Polecam Waszej uwadze sekcję komentarzy - może macie podobne doświadczenia lub o takich słyszeliście od kogoś bliskiego? Podzielcie się wnioskami. Tymczasem - przesyłam Wam duuużo ciepełka!

Wasza Niebieskooka 


Komentarze

Popularne posty